Po koszmarze, który powtarzał się co noc, nie zmróżyłam oka chyba już od 4 dni. W szkole wyglądałam gorzej niż zombi. Na całe szczęście Dote zawsze była moim oparciem. Kochałam tę upierdliwą blondynę.
- O kurde. Wyglądasz gożej niż Ore. Serio. Dziewczyno co jest? - Dote zawsze wiedziała kiedy kłamię, więc nie mogłam jej oszukać.
- To przez ten koszmar. Powtarza się co noc i nie sypiam, aby znów nie obudzić się z wrzaskiem. Matka myśli czy mnie do psychiatry nie wysłać.
- Ej, aż tak nie może być źle. Ale opowiedz mi jeszcze raz ten koszmar nocy letniej. - Pojawiła się na moment atmosfera dowcipu, ale szybko się ulotniła.
- No więc zazwyczaj wygląda on tak: Jestem na plaży, pływam. Potem widzę... Covera. Woła mnie przyjemnym głosem. Podchodzę, ale gdy on się do mnie zbliża czuję grozę. Nagle pojawia się... krew. Mnóstwo krwi. Na nim szczególnie jest jej dużo. Cieknie mu z ust, jest nią upaprany po łokcie i cały T-shirt też jest w czerwonej mazi. Zaczyna mnie gonić, ale biegnie szybciej niż zwykły człowiek. Uciekam. Potykam się. Upadam i gdy ma mi zadać cios... budzę się.
- Heh, nadawałoby to się na scenariusz do horroru... ale tak na poważnie to zaczynasz mnie przerażać.
- Ja też się siebie boję.
- Słuchaj, a może to ostrzeżenie z góry?
- Jak to?
- No wiesz. Może to inaczej "dziewczyno nie zbliżaj się do niego, bo zginiesz".
- Wierzysz w to?
- Ej, taki sen i z jego udziałem to dziwne nie uważasz?
- No trochę. - zadzwonił mój telefon. - Sorry, ale muszę odebrać.
Odebrałam...
- Ally? Słuchaj możesz po mnie przyjechać? Auto mi nawaliło. Jestem w Portland na High Street.
- No, dobra. - Nie byłam pewna czy się do niego zbliżać czy uciekać z słowami "Pali się!".
- Sorka Dot, ale musze jechać. Mama coś chce, chyba do miasta jechać.
- Okej, to narka.
Zajechałam na High Street. Na poboczu stał czarny jeep. Stanęłam za nim i wysiadłam.
- Hej. Wielkie dzięki, że przyjechałaś.
- A co się właściwie stało?
- Nie wiem, ale zdaje mi się, że mi świece wysiadły.
- Ok. To czekaj. Podjadę od przodu i go odcholujemy z tego odludzia.
- Ok, daj linę.
Odcholowaliśmy go do najbliższej stacji benzynowej.
- Zaczekaj chwilę. - Powiedział, po czym wszedł do sklepu. Nie byłam pewna, czy przebywanie z nim dłużej niż to było konieczne to dobry pomysł.
- Smacznego. - Powiedział z uśmiechem po czym dał mi hot doga.
- Dzięki, ale nie trzeba było.
- Zgłodniałem, a nie chciałem, abyś została z pustymi rękami.
- Była w Subweyu z Dote także z głodu bym nie zdechła.
- Coś ostatnio bardzo lubisz Subweya.
- To jedyna jakaś normalna kanapkarnia tutaj.
- To fakt.
- Podwieść cię do domu?
- A mogłabyś?
- Pewnie. Mam wolne.
- Dzięki. Jesteś wielka. - uścisnął mnie.
- Ta, każdy tak mówi.
Pokierował mie na jedne z bogatrzych osiedli.
- To tu.
- Kurde, niezła chata.
- Dzięki, wejdziesz?
- Chętnie. - Chociarz na chwilę zapomnę o tym koszmarze.
Dom naprawdę był ogromny. Jasne ściany odbijały światło, co dawało iluzję, że jest go więcej. Weszliśmy do salonu, który jest połączony z kuchnią co efektownie powiększa pomieszczenie.
- Wow, serio fajna chata. Na 4 osoby taki kolos?
- No, mniej więcej. Na każde święto wpada dalsza rodzinka, więc robi się ciaśniej.
- Dalsza rodzinka? Jak dużo masz krewnych, że zapełniają tą przestrzeń?
- No na święta przyjeżdża tak z 30 osób... Napijesz się czegoś?
- 30 osób?! - nie kryłam mojego zaskoczenia - Yyy... tak, soku jak masz.
- Pomarańczowy?
- Może być.
Postawił szklankę na stoliku i usiadł na kanapę, klepiąc miejsce obok zachęcając, abym usiadła obok niego.
- Co robiłeś na High Street? - nie zdążyłam ugryść się w język.
- Ciekawska dziewczynka się z ciebie zrobiła.
- Więc...?
- Interesy. Musiałem coś załatwić.
- Albo kogoś... - zamruczałam pod nosem na tyle cicho, aby nie mógł tego usłyszeć.
- Heh, nie bój się nie zabiłem nikogo. Chodziło o tort na urodziny Noise. W sobotę kończy 14 lat. Na High Street jest jedna z najlepszych cukierni.
- Jak mnie usłyszałeś? Mówiłam tak cicho, że nawet ja ledwo to słyszałam.
- A czy to ważne?
- Dla mnie tak, ponieważ ostatnio męczą mnie - koszmary z tobą, chciałam dokończyć, ale zdążyłam się w język ugryść.
- Dręczą cię? Co? Kto? - wyglądał na przejętego, ale nie zamierzałam się mu z nich zwierzać. - Ally, jestem druga Dote. Mi możesz powiedzieć, a to zostanie między nami. - Uśmiechnął się, aby mnie rozchmużyć.
- Nie chcę o tym gadać.
- Ok, ale chociarz się rozchmurz. Chodź, wiem co cię rozchmurzy. - włączył muzykę typu Country. Jego korzenie chyba sięgały Teksasu i tamtych sfer. - Chodź pokażę ci mój rodowy taniec.
- Ja nie umiem tańczyć...
- Ta, a nie umiem chodzić. No chodź to łatwe. - Pokazał mi na sucho parę kroków. - Nie nie ta noga, ta noga. - stał za mną i mnie poprawiał. - A traz razem. - Był przyjemnie blisko. Czułam się bezpieczna, ale wiedziałam, że to niedorzeczne, przecierz koszmar powracał co noc...
- Ha Ha! To faktycznie łatwe!
- A nie mówiłem. Uważaj! - podknęłam się o własne nogi i upadłam na niego.
- Ehm... niezręczna sytuacja...
- Nie, czemu. Tu na dole jest całkiem przyjemnie. - oboje wybuchnęliśmy śmiechem. Pomógł mi wstać. Staliśmy tak blisko siebie, że nasze twarze dzieliło tylko kilka centymetrów. Objął mnie. Zamknęłam oczy... przycisnął swoje wargi do mojego czoła.
- Jesteś niezwykła.
- Cover... - mruknęłam jak kot.
- Al... - zsunął wargi na moje ucho. Szeptał przyjemne słówka. Jego usta powędrowały w stronę moich, lecz gdy już miały się styknąć, do domu weszli jego rodzice i siostra. Zakłopotani staliśmy jak wryci, a mnie napadł atak rumieńca.
- Ehm... Dobry Wieczór. - Mruknęłam.
- No, no. Braciszku, a już myślałam, że zostaniesz starą panną. - jego siostra, Noise, była wysoką, szczupłą dziewczyną o czarnych włosach i szarych oczach.
- Oj, zamknij się. - Podbiegł do niej, chwycił ją w pasie i rzucił na kanapę. Ona rzuciła w niego jaśkiem, a on oddał jej poduszką w twarz.
- Wynośmy się stąd zanim rzuci we mnie czymś innym. - Zwrócił się do mnie.
- Dobry pomysł.
Noise pożegnała nas słowami:
- Tylko o gumce nie zapomnijcie!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz