piątek, 25 września 2015

Rozdział I Część I "Anioły i Harpie"

Ja

 Jestem Sara, mam 14 lat, mieszkam w Cavendish. Razem z mamą przeprowadziłyśmy się z Los Angeles. Cavendish jest niedużą wioską, to tu wychowała się mama i wróciła tu - ze mną. Miałam problemy w szkole, u rodziców też nie szło zbyt dobrze. 24 lipca rodzice się rozwiedli. Nie było mi łatwo szczególnie teraz kiedy jestem od ojca jakieś kilkaset kilometrów, ale daję rade. Byłam tu tylko raz na pogrzebie ciotki Mary, siostry mamy, a teraz będę mogła odwiedzać ją codziennie. Cmentarz jest zapełniony kapliczkami, pomnikami i innymi znakami, że ciągle się pamięta stratę bliskiej osoby. Z ciotką nie byłam zbyt blisko, przyjeżdżała kiedy tata był w pracy, plotkowała z mamą, mi dawała po czekoladzie, pytała się co w szkole i tyle - pochłaniały ją rozmowy. Ja miałam problemy w szkole. Nie miałam koleżanek wszyscy trzymali się ode mnie z daleka, nie mówiąc o chłopcach, a jednak trafiła się jedna miała na imię Lucy. Ona dotrzymywała mi towarzystwa na stołówce, przy pracach domowych, ona była mi bliska... lecz nie pożyła długo... rok temu została zamordowana.
Nikt nie wie jak i kto ją zabił... było napisane w gazecie - wtedy się dowiedziałam. Teraz będę chodzić do szkoły w Cavendish, razem z moim kuzynem Georgem. Jest ode mnie o rok młodszy ale swobodnie mi się z nim rozmawia. W szkole w LA byłam nie tylko nie lubiana ale i poniżana i to na każdym kroku... aż do momentu, w którym powiedziałam "DOŚĆ" i wtedy dokopałam jednej dziewczynie... dostało się to do Dyrektora i mnie wywalili. Rodzice zaczęli się kłócić że to wszystko wina niedopilnowania i tak dalej... tata stawał w mojej obronie i zaczął się rozwód... trafiłam do mamy ale z tatą też się widuję... rzadziej. Teraz miałam zacząć wszystko od nowa, nowe znajomości i George miał mi w tym pomóc. 
 Dzień zaczynałam od śniadania, potem wyjście do ogrodu, był tam basen ale od czasu gdy się podtopiłam unikam wody, następnie impreza na powitanie mnie i mamy. Przyszli znajomi mamy, babcia, dziadek, George i jego ojciec wujek Steve i jeszcze wiele osób których nie znałam. Miałam na sobie sukienkę, kremowa, bez ramiączek, trochę ciasna, ale dało się wytrzymać. Po jakiejś godzinie ględzenia z Lucy na Facebooku i gadaniem z Georgem zrobiło mi się duszno. Wyszłam do ogrodu, było pięknie i bezchmurnie, było widać gwiazdy. Aby ulotnić się z słabej imprezy zapytałam mamę czy mogę zrobić sobie krótką przejażdżkę na rowerze. Zgodziła się. Odpięłam rower i pojechałam w dół ulicy. Wiatr wiał mi we włosy ale nadal było mi duszno więc odpięłam dwa guziki od sukienki... od razu ulżyło mi. Jadąc z górki przejeżdżałam obok cmentarza pomyślałam że odwiedzę ciotke więc się zatrzymałam podpięłam rower do ogrodzenia kilkuhektarowego cmentarza i poszłam na grób ciotki.
Usłyszałam szelest za plecami, chciałam się obrócić lecz sparaliżowana strachem nie mogłam, ale od razu rozpoznałam ten głos... to był ON...

2 komentarze:

  1. Jak myślisz ,,czy spełnią się wszystkie nasze marzenia, napewno"

    OdpowiedzUsuń
  2. Jaka cudna historia. Nawet nieźle. Tylko przecinki!!

    OdpowiedzUsuń