Milczałam. Oparta na kolanach, szlochałam dalej. Jego oczy straciły kolor. Już całkowicie były czarne. Nie spojrzał na mnie ani razu. Patrzył w dal. W te głupie okno.
- Czemu ją zostawiłaś?! Czemu nie byłaś przy niej?! - wyplówał mi słowa w twarz. Zniżył się do mojego poziomu. Patrzył tą czernią w moje oczy. - Czemu?! No mów CZEMU?!
- Cover. J-ja... ja tylko pojechałam do matki, aby się nie martwiła.
- Przez to moja NIE ŻYJE! - Patrzył mi w oczy. Teraz nie były takie słodkie i miłe. Były pełne bólu, żalu i furii. Nie wiedziałam na kogo jest bardziej wściekły na mnie czy na tamtych trzech.
- Cov... - zaczęłam, ale nie dał mi skończyć. Złapał mnie za szyję i dociskał tchawicę. Dusiłam się.
- Cierp! Cierp jak ja! Poczuj mój ból! - wrzasnął mi w twarz.
- Proszę... - dławiłam się powietrzem, a raczej jego resztkami. - COVER! - resztkami sił wykrzyknęłam jego imię.
Przestał. Odsunął się.
- Ally... to ten jad. Ta trucizna. Nadal działa. Ally... - chciał mnie dotknąć. Odsunęłam się jak oparzona.
- Nie... nie zbli- zbliżaj się... - z trudem łapałam powietrze.
- Wybacz... Proszę cię...
Kiwałam przecząco głową. Zebrałam się na nogi. Zaczęłam biec. Chciałam być jak najdalej od niego. Tak jak w koszmarze... była krew, cios, a ja uciekałam. Wszystko się zgadzało.
"Dziewczyno nie zbliżaj się do niego, bo zginiesz." Słowa Dote błądziły mi po głowie. Miała rację. Jak zawsze, miała rację.
Dom. Dom. To jedyna moja myśl. Biegłam. Dom. Nogi paliły ogniem. Dom. Już blisko... Schody, weranda, drzwi...
- Mamo! - wychrypiałam i zemndlałam.
Obudziłam się w swoim łóżku. Pierwsze myśli biegły do rodziców.
- Mamo! Tato! - prawie natychmiast rodzice wbiegli do mojego pokoju.
- Słońce! Nareszcie! - Przytulili mnie. - Kto ci to zrobił? - Wskazała na moją szyję, która posiniała i bolała jakbym połknęła za duży kamień. Chciałam im odpowiedzieć, ale wydałam z siebie tylko jęk.
- Spokojnie. Lekarz już jedzie. Nic nie mów. Wyjdziesz z tego. Jesteś silna.
Spojrzałam na jej nadgarstek. "Determinacja" - tatuaż, który miała odkąd pamiętam. Zazwyczaj mówiła mi, że to słowo pomaga przezwyciężyć strach. Wierzyłam jej. Zawsze.
Lekarz powiedział, że jakieś dwa tygodnie mam się nie odzywać, bo mogę uszkodzić struny głosowe.
Tylko tego mi brakowało, żeby nie móc nic powiedzieć. Ale był jeden plus: Cover przez ten czas nie zbliży się do mnie.
Nie chciałam mieć z nim cokolwiek wspólnego. Przynajmniej na razie.
Tej nocy miałam koszmar.
Mama i tata...
Byli martwi...
Nad nimi stał...
...Cover.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz